12.06.2026
I znów nadchodzi szaleństwo
Wielkimi krokami zbliża się koniec roku szkolnego – dla części uczniów (tych raczej nielicznych) okres po 10-15 czerwca to właściwie laba (gdyby nie to, że trzeba jeszcze uczęszczać do szkoły), dla większości od lat, to tradycyjny szalony maraton „podciągania” ocen.
Hmm, może jesteśmy nieco monotematyczni, ale w gruncie rzeczy monotematyczna jest też rzeczywistość… Choć w polskiej szkole od ponad 3 dekad trwa nieustanna reforma, technika coraz bardziej wchodzi do szkół, jedna uświęcona tradycja właściwie się nie zmienia – mowa o polskiej specjalności, czyli działaniu na ostatnią chwilę i wielkiej akcji na koniec każdego semestru, szczególnie na koniec roku szkolnego – w postaci usilnego podciągania szkolnych ocen.
Pomijając wszelkie antywychowawcze i antyedukacyjne wymiary takiego zachowania, sytuacja obecnie jest irracjonalna, gdyż przecież obecnie, w dobie elektronicznych dzienników, właściwie nie ma już sytuacji, w których rodzice ucznia na 2 tygodnie przed końcem roku dowiadują się, że ich zdałoby się idealne dziecko, ma beznadziejne lub przynajmniej niesatysfakcjonujące oceny – bo w końcu ma do nich wgląd na co dzień. Niemniej trzeba przyznać, że rodzice w tym względzie są często równie beztroscy jak ich dzieci i po prostu zaczynają analizować oceny ze zrozumieniem w okolicach drugiej dekady czerwca, by odkryć, że dziecko powinno poprawić swoje oceny z większości przedmiotów – bo rzeczywiście nieco zaniedbało naukę, a może po prostu, bo nie spełnia wygórowanych marzeń sowich rodziców (dla których świadectwo z paskiem to za mało, a średnia ocen powinna oscylować w okolicach 5,5-6,0)…
I tu zaczyna się szaleństwo – tam, gdzie nieliczni pilni i systematyczni uczniowie (mający też rozsądnych rodziców), mają już wolne, ponad połowa uczniów zaczyna swój szalony maraton zarwanych nocy, zakuwania na siłę materiału, którego nie było w stanie ogarnąć w kilka miesięcy, ewentualnych dyskusji i kłótni z nauczycielami (bo może da się coś utargować w sprawie oceny, skoro dziecko brało – bez sukcesu – udział w jakimś konkursie przedmiotowym), do tychże dyskusji poza samymi uczniami często wkraczają rodzice i ogólnie robi się troszkę dziwnie.
Cóż, kilka lat temu dyplomatycznym wyjściem pod kątem leciutkiego poprawienia oceny (powiedzmy, gdy ze średniej wychodzi coś pomiędzy np. czwórką a piątką – powiedzmy, gdy wiadomo, że dziecko ma akceptowalny zasób wiedzy i umiejętności, a nieco gorsza średnia wynika zwyczajnie z sytuacji losowej), było napisanie jakiegoś referatu, wykonanie w domu jakiejś nadprogramowej pracy plastycznej czy dodatkowych, nieco bardziej skomplikowanych zadań matematycznych (chemicznych, itp.), niemniej obecnie, gdy zadań domowych i tego rodzaju prac nie wolno oceniać, nawet to narzędzie, umożliwiające niegdyś leciutkie poprawienie swojej przedmiotowej średniej, właściwie zanikło.
Pozostają więc odpytywania, sprawdziany, egzaminy i całkowite szaleństwo – dla dziecka, dla nauczyciela (który i tak pod koniec roku ma wystarczająco dużo papierkowej roboty)… Dziecko (często nie z uwagi na faktyczną wiedzę, ale dla przysłowiowego świętego spokoju) otrzymuje w końcu wyższą ocenę, oczywiście to, co zakuwało zapomina po 3 dniach (naprawdę nasz mózg nie jest w stanie na trwale w takim systemie przyswajać wiedzy), a systematyczni uczniowie – jak co semestr – znów przekonują się, że regularna nauka i ślęczenie nad książkami ostatecznie nie ma większego sensu, bo w końcu i tak ma się takie same oceny, jak koledzy, którzy zamiast całego roku, „marnują” swój czas przez kilka dni…
Pomijając wszelkie antywychowawcze i antyedukacyjne wymiary takiego zachowania, sytuacja obecnie jest irracjonalna, gdyż przecież obecnie, w dobie elektronicznych dzienników, właściwie nie ma już sytuacji, w których rodzice ucznia na 2 tygodnie przed końcem roku dowiadują się, że ich zdałoby się idealne dziecko, ma beznadziejne lub przynajmniej niesatysfakcjonujące oceny – bo w końcu ma do nich wgląd na co dzień. Niemniej trzeba przyznać, że rodzice w tym względzie są często równie beztroscy jak ich dzieci i po prostu zaczynają analizować oceny ze zrozumieniem w okolicach drugiej dekady czerwca, by odkryć, że dziecko powinno poprawić swoje oceny z większości przedmiotów – bo rzeczywiście nieco zaniedbało naukę, a może po prostu, bo nie spełnia wygórowanych marzeń sowich rodziców (dla których świadectwo z paskiem to za mało, a średnia ocen powinna oscylować w okolicach 5,5-6,0)…
I tu zaczyna się szaleństwo – tam, gdzie nieliczni pilni i systematyczni uczniowie (mający też rozsądnych rodziców), mają już wolne, ponad połowa uczniów zaczyna swój szalony maraton zarwanych nocy, zakuwania na siłę materiału, którego nie było w stanie ogarnąć w kilka miesięcy, ewentualnych dyskusji i kłótni z nauczycielami (bo może da się coś utargować w sprawie oceny, skoro dziecko brało – bez sukcesu – udział w jakimś konkursie przedmiotowym), do tychże dyskusji poza samymi uczniami często wkraczają rodzice i ogólnie robi się troszkę dziwnie.
Cóż, kilka lat temu dyplomatycznym wyjściem pod kątem leciutkiego poprawienia oceny (powiedzmy, gdy ze średniej wychodzi coś pomiędzy np. czwórką a piątką – powiedzmy, gdy wiadomo, że dziecko ma akceptowalny zasób wiedzy i umiejętności, a nieco gorsza średnia wynika zwyczajnie z sytuacji losowej), było napisanie jakiegoś referatu, wykonanie w domu jakiejś nadprogramowej pracy plastycznej czy dodatkowych, nieco bardziej skomplikowanych zadań matematycznych (chemicznych, itp.), niemniej obecnie, gdy zadań domowych i tego rodzaju prac nie wolno oceniać, nawet to narzędzie, umożliwiające niegdyś leciutkie poprawienie swojej przedmiotowej średniej, właściwie zanikło.
Pozostają więc odpytywania, sprawdziany, egzaminy i całkowite szaleństwo – dla dziecka, dla nauczyciela (który i tak pod koniec roku ma wystarczająco dużo papierkowej roboty)… Dziecko (często nie z uwagi na faktyczną wiedzę, ale dla przysłowiowego świętego spokoju) otrzymuje w końcu wyższą ocenę, oczywiście to, co zakuwało zapomina po 3 dniach (naprawdę nasz mózg nie jest w stanie na trwale w takim systemie przyswajać wiedzy), a systematyczni uczniowie – jak co semestr – znów przekonują się, że regularna nauka i ślęczenie nad książkami ostatecznie nie ma większego sensu, bo w końcu i tak ma się takie same oceny, jak koledzy, którzy zamiast całego roku, „marnują” swój czas przez kilka dni…















